poniedziałek, 27 maja 2019

Koci Tropiciel | Kocie opowieści



Jakiż piękny dzień nastał. W końcu zaświeciło słońce i teraz bezkarnie mogę się opalać na dywanie. Kiedyś tak sobie opaliłem futro, że aż poczerniało i mam nierówno – widzicie przecież, trochę białe, trochę czarne, a ten ogon! Muszę nad tym popracować… Tak więc, śpię sobie spokojnie na dywanie, nikogo nie ma. Słyszę, że ktoś idzie, ale z moich kalkulacji nic nie wynika. Po pierwsze – bo jestem kotem i nie umiem liczyć. Po drugie – bo nikt sensowny o tej porze nie wraca. Jedyna możliwa opcja to Matka. Ona nie jest sensowna, więc to na pewno ona.
  

Liczę kroki. O nie. Jest ich więcej. O wiele więcej! Nie panikuj, powtarzam sobie. Nie wolno panikować w obliczu zagrożenia.

- Otwieraj, ale uważaj na kota – słyszę zza drzwi.

Już ja im dam uważaj na kota! Nie podejdę do drzwi. Nie i koniec. Usiadłem w bezpiecznej odległości. I czekałem, co się stanie.

Drzwi otworzyły się. Weszli oni. Ludzie. Z tobołkami. Z dużą ilością tobołków. To mój szczęśliwy dzień. Będę mógł do tych ich plecaków wchodzić i wychodzić i znów wchodzić. Ale spokojnie, nie dałem po sobie poznać, że się cieszę. A wręcz przeciwnie. Wyraziłem moją dezaprobatę patrząc na nich morderczym wzrokiem.

- Cześć KOCIE! – zawołała Matka. No tak. Dobra, chwilę ci pozwolę. Przytuliła mnie. Trzepnąłem ją łapą. Dość.

- Hej Wujku Kocie – powiedziała Kinga, potem Michał, a na końcu Vova. Znam ich wszystkich. Ale to nie znaczy, że ich lubię. Mogę jedynie tolerować.

- Eche, dobra, rozejść się. Iść mi. Już. Wynocha – mówiłem do nich, ale oczywiście nie rozumieli. Będziemy musieli jakoś to przetrwać.

Zaczęli się rozchodzić. Każde gdzieś indziej. Kinga z Michałem poszli do salonu, a Matka i ten dziwny człowiek poszli do kuchni. Mogę przysiąc, że on się mnie boi. Chociaż jeden mądry. Ucieka, chowa się, trzyma z daleka. Na pewno się mnie boi. Pokażę mu, co o nim myślę.

Podszedłem do niego, ale od razu się odsunął.

- Kocie, on ma alergię. Trzymaj się z daleka – powiedziała Matka.

- Alergię? Co to takiego? – spytałem i otrzymałem niemal natychmiast odpowiedź.

- Jak się zacznie dusić, to będzie twoja wina.

O jak fajnie. Mogę go zabić tym, że będę obok. Mogę go zabić wzrokiem. Hahaha. Ależ to jest piękny dzień. Tyle dobroci mnie czeka. Jak ja podołam takiemu szczęściu?

No nic, trzeba się wziąć do pracy, bo widzę, że cżłowieki są bardzo zajęte. Pomogłem trochę w kuchni, ale jak wszedłem do garnka (jeszcze bez zupy) to mnie pogonili. Jak mogą gotować bez przyprawy miłości*?

Udałem się do salonu. Tam zabawa była przednia. Powyciągali wszystko z plecaków, więc mogłem wejść do środka. Sprawdziłem, podbiłem im książeczki zdrowia. Skontrolowałem każdą nawet najmniejszą rzecz, którą chcieli tam włożyć. Od nitki, aż po młotek. Tym ostatnim nie bardzo dało się bawić. Niestety. Jednak Michał stwierdził, że pobawi się ze mną laserem. Czerwoną kropkę bardzo lubię. No, chyba, że ma ją Matka albo Ciocia-Babcia. Wtedy jej nie lubię. A tak to mogłem sobie troszkę pobiegać i powygłupiać. Poczułem się jak mały kociak.

Tylko jeden plecach pozostał nietknięty. Zorientowałem się, gdy wracałem z kontroli butów. Co to kontrola butów? Sprawdzam, czy to na pewno tych człowieków. Zapamiętuję zapachy. Kontroluję ich. Szlag, przyłapali mnie. Stałem z łapami w butach jednego z nich. Łeb wsadzałem do innego. Udałem, że nic nie wiem i poszedłem. I wtedy natknąłem się na plecak alergika. Teraz doprowadzę do jego zagłady. Wejdę do środ… zamknięty.

- Co to ma być ja się pytam?

- Kocie, nie wolno tam – powiedziała Matka.

- Wolno. A jak nie do środka to chociaż tak! – Zacząłem się ocierać, skakać itd. – To go zniszczy. Buahahahaha – roześmiałem się. Zagłada ludzkości!

Znaczy się MIAU. Miau. Tylko Miau. Jestem słodkim kotkiem. Miauuuu.

Gdy zaczęli zbierać się do wyjścia, dowiedziałem się, że idą na Tropiciela. Wlazłem więc do koszyka i chciałem iść z nimi, ale Matka wytłumaczyła mi, na czym to polega i że tam nie ma kuwety. Nadal chciałem iść, ale nikt nie chciał nieść kuwety. Nikt! Rozumiecie? 20 km mają przejść i kuwety nie dadzą rady wziąć! Zostawili kota samego. Samego na pastwę losu…

Ooo… słoneczko na dywanie. Może się poopalam?

*przyprawa miłości – sierść (przypis redakcji)


6 komentarzy:

  1. Super wpis. Mam kota od kilku dni - jeszcze go nie ogarniam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uśmiałam się :D :D :D Dlaczego nie zabraliście kuwety? ;))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. faktycznie, cztery plecaki, transporter z kotem i kuweta - wygodny i niezbędny ekwipunek :D

      Usuń
  3. Poprawiłaś mi humor swoim wpisem.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie Twoje słowa motywują mnie do dalszego działania. Jeśli blog Ci się spodobał, koniecznie zaobserwuj i bądź na bieżąco!

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia