środa, 16 maja 2018

Koci punkt widzenia: tyran i bandyta, czyli Toffi doszedł do głosu

Oglądamy z Fifi serial :)

Wiele się ostatnio wydarzyło, dlatego przyszedł czas, by się tym z wami podzielić. Dziś będzie dość nietypowy koci post, bo napisze tu każdy coś od siebie. I ja, i Fifi i Toffi. Każdy patrzy ma tę sprawę trochę inaczej. A może rozwieje to jeszcze czyjeś wątpliwości. Zacznę ja, ale dość szybko, bo Fifi już się rwie do pisania dla was, a Toffiego rozpiera nieprzenikniona energia. 


JA

W sobotę rano byliśmy umówieni na kastrację Toffiego oraz sterylizację Fifi. Bałam się niesamowicie. Pojechaliśmy autem, ale pan Doktor się chwilę spóźnił i musieliśmy zapewnić kociakom rozrywkę. Wzięłam Fifi na ręce, a ona uważnie się rozglądała po otaczającym świecie. Toffi uważnie... wtulił się w P. i nie patrzył. Udawał, że go nie ma. 

Gdy przyjechał pan Doktor, Fifi od razu się ucieszyła. Wpuścił nas, a Fifi chętnie zaczęła się rozglądać po gabinecie. Zawsze tak robi, gdy tam jesteśmy. Toffi zmienił się w żółwia i udawał, że wciąż go tam nie ma. Pan Doktor uważnie je zbadał i zaczął szykować narkozę. Fifi była niesamowicie zaciekawiona, więc zaglądała, co ten miły pan tam robi. 

Pierwszy dostał Toffi, który nawet nie drgnął na zastrzyk. Za to nie mógł zasnąć i chwilę mu to zajęło. Fifi nawarczała, nasyczała i naprychała na weterynarza. Robił dwa podejścia do niej i w końcu się udało. Gdy oba zasnęły, pojechaliśmy. 

P. pojechał po nie po południu. Ja byłam wtedy w pracy. Ciągle jednak mieliśmy ze sobą kontakt. Gdy usłyszałam, że wszystko w porządku, odetchnęłam. 

Po powrocie do domu zobaczyłam, że Toffi już chodzi, mówi to swoje nie, nie i zachowuje się w sumie normalnie. Jedyne co, to trochę częściej chodził spać. Wszystko u niego ładnie się goi i w sumie już nie ma śladu po kastracji. Zachowuje się normalnie. Nie! Na niego to nie jest normalnie. Bawi się więcej, trochę więcej cieka po domu i gada. O wiele więcej gada. Chodzi i śpiewa te swoje arie. Jak się zdenerwuje na dole, to idzie do góry i wrzeszczy w samotności. On chyba wie, co się stało :) 

Z Fifi było troszkę inaczej. Cały dzień spała w transporterze. Toffi za bardzo ją zaczepiał, więc noc też tam spędziła. Oczywiście z przerwami. Mogła trochę pochodzić. Nie interesowała się szwami, więc chodziła naga. Dopiero w niedzielę, gdy porządnie wszystko odespała i zaczęła się myć, zauważyła, że ma coś na brzuszku. Zrobiłam jej więc kubraczek, ale nie wypalił. Nie umiała się w nim poruszać. Denerwowała się i nie miała ochoty nic robić. 

Dlatego P. wymyślił, żeby owinąć jej brzuszek bandażem. Sprawdza się to cały czas. Jej jest wygodnie, normalnie się bawi, je, chodzi, a my mamy pewność, że nie porozrywa szwów. Wszyscy szczęśliwi. 

Wszyscy oprócz kotków. Dla Fifi to męczarnia, bo nie moje biegać jak diabeł wcielony, tylko sama czuje, że musi uważać. Zabawa polega na powolnym łapaniu myszy lub ryby na sznurku. Czasem biega, ale tylko chwilę. Teraz już jest prawie taka, jak wcześniej, ale wciąż uważa, nie skacze za wysoko itp. 

Toffi denerwuje się, bo nie może się z nią bawić tak, jak wcześniej. Zaczepia ją, ale ona do mnie przybiega i się przytula. Na razie nie ma ochoty na zabawę w ganianie i gryzienie. Jeszcze troszkę! W piątek będziemy się umawiać na zdjęcie szwów. 

FIFI

Taka zmęczona, że transportuję ją wraz z koszykiem :) Easter time :D

Miau. W końcu mama dała mi szanse, bym mogła dla was coś napisać. Opowiedziała już, o co chodzi, ale ja mam na to inne spojrzenie. 

W sobotę zawieźli nas z tatą do tego miłego pana, który mnie głaska i mówi, że jestem śliczna. Lubię go. Ma taki fajny stół, dużo rzeczy do oglądania. Tym razem naszykował igłę. Myślałam, że to będzie fajne, bo Toffi nawet się nie ruszył i nie powiedział nie. Ale nie było! Chciałam uciec. Krzyczałam panu, żeby przestał, ale on nie przestał. Dopiero, gdy strzykawka była pusta, dał mi spokój. I tak go lubię i myślę, że to była chwilowa słabość. On nie jest zły. 

Usiadłam sobie i oglądałam, co on tam ciekawego ma. Siedziałam tak sobie, a moja główka zaczęła spadać i spadać i spadać...

Takie Fifi ma wdzianko, w którym jest jej wygodnie.

Obudziłam się i czułam, że muszę dalej spać. Czułam się tak jeszcze cały dzień. Nie miałam siły chodzić. Toffi coś tam ode mnie chciał, ale ja nie miałam siły. Spałam i spałam. Obudziłam się na dobre i chciałam wyjść z transportera. Mama i tata pozwolili, ale ciągle mnie pilnowali. 

Mama została autobusem :D

Chwilę później, gdy myłam się na stole, zauważyłam coś dziwnego! Jakieś nitki wystawały mi z brzuszka! Matko, co to się wydarzyło?! Chciałam to wyrwać, ale tata nie pozwolił. Za to mama założyła mi dziwne ubranko, które było niewygodne. Nie lubię ubranek. Nie mogłam w tym chodzić. Udawało mi się tylko tyłem. W końcu tata się zlitować i wziął bandaż. Teraz wyglądam elegancko i mam kokardkę! I jest mi wygodnie. 

Mama się umyła, więc się do niej przytulam :) Jestem Króliczkiem :)

Dalej jednak nie mam siły. Toffi chce się bawić, ale ja nie mogę. Chwilę z nim biegam, ale potem nie mam siły. Chciałabym polować, jak wcześniej, ale nie mogę się wyciągnąć za bardzo, bo wtedy boli mnie brzuszek. Mama coś mówi, że jeszcze tylko kilka dni i wszystko będzie w porządku. Mam nadzieję, bo dawno nie widziałam czerwonej kropki!

TOFFI

Matka... czego chcesz...

W końcu ktoś mnie dopuścił do głosu. To ja teraz wam powiem, jaka to była okropna sytuacja! Powiem wam wszystko, co wiem. Bo tego, co nie wiem, to nie mogę wam powiedzieć. Zacznijmy od tego, że to był mój dzień wolny, a obudzili mnie wcześnie. Lubię spać, więc dla mnie nie było ta wcale fajne. Wcale a wcale!

Wzięli mnie na dwór, czego nie lubię. Trzymałem tatę pazurkami i nie dałem się puścić. Wsadził mnie do samochodu. Okropieństwo! Krzyczałem. Tuliłem się! Krzyczałem głośniej, ale oni jechali i jechali. Na pewno chcieli mnie zabrać do tego tyrana! 

I miałem rację. Posadzili mnie na stole. No to, w ramach buntu położyłem się i powiedziałem, że nie wstanę. Wcale! Ale im to nie przeszkadzało... Pan Tyran wbił mi metrową igłę. Trwało to chyba z pół godziny! Naprawdę! W końcu wyjął. Było mi dziwnie, ale bunt, to bunt. Leżałem dalej. 

Obudziłem się w innym miejscu. Czułem, że coś jest nie tak. Przyjechał tata i popatrzył na mnie. Ja popatrzyłem na swoje krocze. Czegoś tam brakowało. Popatrzyłem na Pana Tyrana, na tatę i w dół. I znów. Tata powiedział: 

- On chyba wie. 

Kot zdechł, nie przeszkadzać. Cat is dead. Do not disturb... 

To wcale nie było śmieszne. Oddajcie mi to, czego mi brakuje, choć nie pamiętam, co to jest, ale wiem, że mi tego brakuje! Krzyczałem do nich. 

Tata zabrał nas do domu. Fifi ciągle spała. Ja też byłem jakiś zmęczony, ale trzymałem się. Trochę połaziłem. Nie chciał dać mi jeść. Gdy mama wróciła, powiedział jej, że jeść będę mógł dopiero wieczorem. Co to ma znaczyć?! Chcę jeść, teraz!

Poszedłem trochę spać. Odwiedziłem Fifi koło transportera, ale on wciąż spała. Wcale nie fajnie. Na drugi dzień chciałem się z nią bawić, ale mama zabronił ją gryźć. Co to za zabawa bez gryzienia? Poszedłem sobie na górę i zacząłem krzyczeć. 

Teraz już trochę się mogę z Fifi bawić, ale mam uważać. Już wiem, dlaczego. Bo Fifi ma takie dziwne nitki w brzuszku i ją to boli. Opiekuję się nią. 


Mam nadzieję, że to trzy spojrzenia na zabiegi wam się spodobały, a być może też przydały!

Miłego dnia wszystkim!

24 komentarze:

  1. Mój kot, a właściwie kotka po takim zabiegu była nie do zniesienia. Wet powiedział nam, żeby nie wskakiwała na nic, ale ona właśnie wtedy miała na to ochotę, zamiast spać. Nogi się jej plątały, a ona chciała na krzesło, na parapet, na komodę. Pół nocy trzeba było za nią łazić. :) ciekawe co sobie wtedy myślała

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ludzie, dajcie spokój, przecież mam siłę na wszystko. Że niby co wet powiedział? A co on się zna?" - może tak myślała ;D

      Usuń
  2. Świetny tekst! Co prawda okoliczności przykre, ale cóż, kastracja w przypadku kotów jest koniecznością (ten "zapach" znaczonego terytorium może doprowadzić do szału).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ;) tu z zapachem nie było problemu, bardziej chodziło o to, że to kot i kotka, a nie mam ochoty grona kociaków oddawać do schroniska, bo więcej w tak małym mieszaniu się nie zmieści

      Usuń
  3. Bardzo fajny tekst, świetnie się czytało!
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie piszesz o swoich kotach i w świetny sposób poruszasz ważny temat. Brawo

    OdpowiedzUsuń
  5. Każdy kotek musi dojść do siebie po zabiegu. Naszemu Felkowi kastracja wyszła na dobre :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zawsze takie zabiegi wychodzą na dobre

    https://photomodellaurawojewoda.blogspot.com/2018/05/middle-of-night-dziewczyny-w-warszawie.html?m=1

    OdpowiedzUsuń
  7. No, to niezłe kocie przejścia, dobrze że już po wszystkim :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj po takim zabiegu kotek musi się z tym oswoić :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo przyjemny tekst a Toffi cudowny.

    OdpowiedzUsuń
  10. nie mam kota, ale Twój to słodziak :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nasz kot też po tym, ale... takiego już dostaliśmy.
    Nie wiem, czy bym się na to zdobył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po Panu Kocie wiem, że tak jest lepiej. On przed kastracją pilnie potrzebował kontaktu z kotką i się męczył, a teraz ma spokój :)

      Usuń
  12. Kocia kastracja/sterylizacja jest zawsze bolesna nie tylko dla kociaka, ale też dla właściciela ;(

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie Twoje słowa motywują mnie do dalszego działania. Jeśli blog Ci się spodobał, koniecznie zaobserwuj i bądź na bieżąco!

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia