3 zachowania, które doprowadzają mnie do białej gorączki

koci punkt widzenia


Mamy grudzień, a wraz z nim na wielu blogach pojawiają się blogmasy i inne tego typu wpisy. Nie mam nic przeciwko, sama je czytam, ale u mnie takowych nie będzie. Zastanawiam się nad jednym, już po świętach, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie próbuję wygrać ze zmęczeniem i prokastrynacją, która mnie dopadła i za cholerę nie chce puścić. Nie lubię prokastrynacji, tym bardziej denerwuje mnie ona u mnie samej. A co jeszcze mnie denerwuje? Jakich zachowań bardzo nie lubię? Jednego z nich doświadczyłam całkiem niedawno, innych trochę wcześniej. I to właśnie natchnęło mnie do napisania tego tekstu. 


Ludzie nie są idealni


Nikt z nas nie jest idealny. Każdemu zdarzają się pomyłki, wpadki. Każdy z nas czasem palnie coś na tyle głupiego, że potem przez miesiąc żałuje i śni mu się to po nocach. Cóż, jesteśmy tylko ludźmi. Ja także. To, że tworzę w internecie nie oznacza od razu, że jestem nieomylna, że sama nie denerwuję innych. Bo denerwuję! I wiem to doskonale. Ludziom przeszkadza to, że robię pranie w niedzielę, że nie chodzę do kościoła, że mam własne zdanie. Niektórym przeszkadza to, jak się ubieram, jaką mam długość włosów i inne takie. Mojemu partnerowi przeszkadza, że notorycznie zostawiam po sobie bałagan w kuchni. Cóż, próbuję z tym walczyć, ale chęć zjedzenia jest silniejsza niż chęć sprzątania, więc... sama rozumiesz.

Są jednak takie zachowania, które doprowadzają mnie do nerwicy i naprawdę bardzo ich nie lubię. I nie jest to zostawianie po sobie bałaganu czy nieumytych naczyń. 


Zachowania, które doprowadzają mnie do białej gorączki


Kawa i ciastko?

Sytuacja wystąpiła podczas płatności za zatankowane paliwo. Nie wiem jak ty, ale ja jadę na CPN, tankuję (lub robi to miły pan pracujący na stacji paliw) i idę do kasy. Daję kartę na punkty, liczę na płatność i paragon. Po tym chcę wyjść. Szybko, krótko i na temat. 

Ale nie. 

Tak się nie da. 


Historia z ostatniego tankowania:

- Dzień dobry. Paliwo z czwórki.

- Karta na punkty jest? - pada pytanie, a ja od razu daję kartę. Już liczę na tekst w stylu: 137,28 groszy, a tu pada: Faktura? 

- Nie, dziękuję - odpowiadam i znów liczę na to, że zapłacę. 

- Kawa, ciastko? - pada kolejne pytanie.

- Nie, dziękuję - odpowiadam jeszcze spokojnie, nadal licząc na to, że zapłacę i wyjdę. 

- Ale na dworze jest zimno... 

- NIE, DZIĘKUJĘ - cedzę przez zaciśnięte zęby.

- Może jednak? - w tym momencie jestem już naprawdę zdenerwowana. 

- NIE. DZIĘKUJĘ! - mam nadzieję, że to podziała. 

- Dobrze - w końcu! Pada kwota.

- Kartą - mówię. 

- Potwierdzenie drukować?...


Ja rozumiem, że oni muszą zapytać o fakturę, o potwierdzenie, o to w jaki sposób zapłacę. Ale pytanie 3 razy o kawę i ciasto zniechęciło mnie do kolejnych wizyt. Gdybym chciała kawę i ciasto, na pewno bym je sobie kupiła. Nie chcę - nie kupuję. Proste. Zamiast spędzić na CPN minutę, spędziłam ich kilka. I po co? 


A co to, on rączek nie ma?

Kolejna historia i zarazem zachowanie, które bardzo mnie denerwuje związane jest niejako z ogółem patriarchatycznych zachowań, których bardzo nie lubię. A już tym bardziej ich nie lubię jeśli dochodzi do usilnych prób wciśnięciach ich mi, pomimo mojego sprzeciwu. Na szczęście mój partner ma poglądy podobne do mnie i staje po tej samej stronie, co ja. 

Historia sprzed miesiąca

Zostaliśmy zaproszeni na urodziny do rodziny. Chodziło o urodziny dziecka, ale to bez znaczenia. Jedziemy jako goście, co zaznaczam od razu i bardzo dobitnie, bo mam wrażenie, że to jest w tym wszystkim najważniejsze. 

Stół zastawiony potrawami. Ja nikomu do talerza nie patrzę i też nie chcę, by ktoś patrzył mi. To, jak kto nakłada, jak je i inne tego typu sprawy mnie nie interesują. Jednakże tutaj pada rozkaz do mnie:

- Nałóż mu jedzenie - tłumaczenie: mam nałożyć mojemu partnerowi jedzenie na obiedzie, na którym oboje jesteśmy gośćmi. 

Następuje konsternacja. Nie bardzo rozumiem, co się stało. Że jak? Że ja mam jemu nakładać? A to co, on nie ma rąk? Po za tym wybór jedzenia jest ogromny, więc jeszcze - niczym mamusia - mam mu wybrać co i w jakiej ilości będzie jeść? Wolne żarty. Wzięłam danie, które sama chciałam skosztować i nałożyłam sobie. 

- Nałóż mu - pada. 

- Dlaczego? - pytam, bo naprawdę tego nie rozumiem. Oboje jesteśmy gośćmi, mamy zupełnie inne preferencje żywieniowe i tak dalej i tak dalej. 

- Żeby sam nie nakładał.

Acha, no tak! Bo się przecież zmęczy. Na szczęście, jak już wspomniałam, mój partner jest po mojej stronie (nie powiela utartych, patriarchatycznych schematów) i nałożył sobie jedzenie sam. 

Ja naprawdę staram się rozumieć, ale tutaj nie dałam rady. Jeśli zapraszam gości i jest dla wszystkich to samo (bo gotuję jedno danie na obiad) nakładam wszystkim i sobie, po czym stawiam na stole. Jeśli jest większy wybór, zastawiam cały stół, wkładam łyżki czy widelce i każdy obsługuje się sam. Ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego jako GOŚĆ miałabym kogoś obsługiwać. 

Może ty mi wytłumaczysz? Jak to wygląda u ciebie w rodzinie? 


Wy, obywatelu

Kolejnej sytuacji także nie rozumiem. O ile przy dzieciach jest ona często praktykowana (czego w sumie także nie rozumiem, ale o tym za chwilę), tak przy dorosłych to jest jakiś nieudany żart, albo zupełny brak klasy i taktu. O tym, jak mnie to denerwuje, nie muszę chyba wspominać? 

Siedzimy sobie podczas przerwy śniadaniowej w pracy. W zwyczaju mamy zabieranie różnych ciekawych posiłków, o które nie raz ktoś zapytał. Nie mam nic przeciwko, sama czasem się zainteresuję, gdy ktoś ma coś innego do jedzenia. Wśród królujących kanapek, nasze kolorowe owsianki, leczo, tosty, hamburgery domowe, sałatki i inne takie robią furorę. I tutaj zaczyna się...

- Co tam masz dobrego? - pada pytanie. 

- Sałatkę z... - i wymieniam. 

- A on? - pada kolejne pytanie. Partner siedzi obok mnie. 

- Jajecznicę z... - wymieniam. 

- A dlaczego on je coś innego? - pada kolejne pytanie. I wtedy ja wybucham:

- A nie możesz jego zapytać? Przecież siedzi obok i też potrafi mówić! O ciebie też mam innych pytać? 

Konsternacja. Że jak to. Że ja nie będę mówić za niego, jak siedzi obok. Przecież mogę odpowiedzieć i w czym problem.

Cóż, jak już pisałam, często takie zachowanie jest praktykowane przy dzieciach. Dziecko siedzi obok, a do rodzica padają pytania: co ona taka smutna? Chce jeść? A lubi...? Itd. Dlaczego nikt nie wpadnie na taki genialny pomysł i nie zapyta po prostu osoby, której to pytanie dotyczy? 

Tym bardziej nie rozumiem takiego zachowania w gronie dorosłych. Naprawdę. 



Wiem, że dla niektórych takie zachowania mogą się wydawać śmieszne - tak jak dla mnie, że mojego partnera wkurza robiony przeze mnie bałagan przy gotowaniu - ale mnie te sytuacje naprawdę doprowadzają do nerwów. Chciałabym żyć w świecie, gdzie facet radzi sobie sam i nie trzeba mu ziemniaczków nakładać. Chciałabym żyć w świecie, w którym NIE znaczy NIE. Chciałabym żyć w świecie otwartości, ale też i kultury osobistej, której wielu z nas niestety brakuje. 


A jakie zachowania ciebie denerwują? Daj znać w komentarzu!

Trzymaj się ciepło i do zobaczenia!


Odwiedź mnie na Instagramie w wolnym czasie!