Eco krem matujący na dzień | Lirene Natura


Przyznajcie, nie spodziewaliście się tego u mnie. Dawno już o kosmetykach nie pisałam. Teraz używam zupełnie innych, niż jeszcze chociażby rok temu. Tamte odeszły w zapomnienie. To wszystko za sprawą naturalnej pielęgnacji, która przez ten czas zdążyła zagościć w mojej łazience. Zmieniły się moje potrzeby, poglądy i upodobania. Zaczęłam szukać, jak to ja, tanich i naturalnych kosmetyków do pielęgnacji. Dlaczego tylko do niej?


Na razie skupiłam się na naturalnej pielęgnacji, bo po prostu te kosmetyki kończą się szybciej, niż kolorówka. Dlatego też kolorówkę po prostu zużywam. Nie chcę jej wyrzucać i wymieniać na naturalną, bo to nie o to chodzi, by bez powodu produkować więcej śmieci. Zużyje więc, a jak zużyję to kupię nowe z lepszym składem. Mam w planach też tekst o moich zbiorach z kolorówki. Zrobiłam tam ostatnio porządek i mam teraz bardzo mało kosmetyków. 

Poprzednie wpisy kosmetyczne:


Nie przedłużając...

Lirene Natura - z naturą ci do twarzy

To hasło przewodnie nowej serii (nowej dla mnie, ok?) od Lirene. Są to kosmetyki drogeryjne w niskich cenach, ale z dobrym, bogatym składem. Można śmiało powiedzieć, że dorównują tym "droższym" kosmetykom. 

Lirene Natura posiadają certyfikat Ecocert. Kosmetyki te stanowią w 95-100% składniki naturalne. Zawierają one plansomy, czyli certyfikowane ekstrakty roślinne w wysokich stężeniach. Nie są testowane na zwierzętach - cruelty-free. Jest to bardzo ważne działanie, ponieważ konsumenci zaczęli zwracać uwagę na testowanie kosmetyków i rezygnują z tych, które testowane są na zwierzętach. 

Eco krem matujący na dzień organiczna szarotka | Lirene Natura

Nazwa kremu jest bardzo długa, ale wyjaśnia dość sporo. Składu nie będę analizować, ale na kartoniku, w który zapakowany jest krem, jest cały skład, wraz z wyjaśnieniem, jakiego pochodzenia są dane składniki. Można by powiedzieć, że producenci sami przeanalizowali dla nas skład. 

Z mojej strony dodam, że w tym konkretnym kremie jest 95% składników pochodzenia naturalnego. Czy to dużo, czy mało? Biorąc pod uwagę produkty w serii, które mają 100% - to mało, ale z drugiej strony kto inny zaoferuje tak dobry skład w niskiej cenie? No właśnie. Jeszcze niedawno w Rossmannach ciężko było znaleźć coś naturalnego, co nie odchudziłoby portfela. A teraz mamy takie perełki. Nie narzekajmy więc. 95% to bardzo dużo!

Jeśli chodzi o sam krem, to jest on zielony. Och jakiż był mój szok, gdy nacisnęłam pompkę (przez opakowanie nic nie widać) i ukazał mi się zielony krem. Od razu skojarzył mi się z naturą. Jest gęsty, ale łatwo się rozprowadza. Możecie być spokojne, bo jego koloru nie widać na twarzy. 


Jest to krem na dzień, ale ja go używam także wieczorem. Nie biczujcie mnie. Używam trzech kosmetyków na co dzień. Na razie całkiem dobrze mi to moje trio służy. Wracając, gdy używam tego kremu rano, nie mam na co narzekać. Szybko się wchłania, nie lepi się i nawilża. Czy matuje... nie powiedziałabym, że skóra jest zupełnie matowa, ale nie świeci się. Mam wrażenie, że wydziela się też mniej sebum. Pod makijaż jeszcze nie używałam, ale myślę, że nie będzie żadnego problemu. Zobaczymy!

Jako krem na noc - którym nie jest!!! - sprawdza się nie najgorzej, ale jednak moja cera wymaga czegoś więcej. Jest nawilżona, ale rano widać, że niektóre miejsca są... przesuszone. Moja skóra jest naprawdę zadziwiająca. Mimo to, na razie raczej nie kupię specjalnego kremu na noc... ale kto wie, co zrobię, gdy wejdę do Rossmanna.

Sam krem matujący przeznaczony jest raczej dla cery mieszanej i tłustej. Ja mam cerę mieszaną i jestem z niego bardzo zadowolona. Nie zapycha, a kiedyś się zraziłam do naturalnych kosmetyków właśnie z tego powodu. Potem dowiedziałam się, że to jednak przez moją chorobę i teraz dałam im drugą szansę. Nie żałuję.






Na stronie producenta krem kosztuje 26,99 zł za 50 ml. Wydaje mi się, że za dobry krem to bardzo korzystna cena :)


Na koniec chciałabym tylko dodać, że zapomniałam już, ile frajdy sprawia pisanie o kosmetykach i chyba do tego wrócę. Oczywiście, nie codziennie, bo inne tematy są dla mnie bardzo ważne, ale raz na jakiś czas na pewno. Będę pisać, jak zawsze, o tym, czego już używałam i czego jestem pewna. Nie u mnie kosmetyczne nowości ani inne takie. Ale kto wie, może znów jakieś denko... 

Co wy na to?