poniedziałek, 26 października 2020

Nolite te bastardes carborundorum | Strajk Kobiet

Gdy czytałam Opowieść Podręcznej, gdy oglądałam serial, myślałam sobie nigdy nie chciałabym znaleźć się w takim miejscu. Aż pewnego dnia obudziłam się w naszej wspaniałej Polsce. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam rzeczywistość pokazaną na kartach książki, na kolejnych kadrach serialu. Tylko, droga władzo, Opowieść Podręcznej to nie praktyczny poradnik. Choć muszę przyznać, że z powodzeniem wcielacie go w życie. 


Bardzo długo zastanawiałam się, czy napisać ten tekst. W końcu przeczytają go ludzie którzy znają mnie też osobiście. Którzy może przestaną mnie szanować. Którzy mogą się nie zgodzić z tym, co tu opowiem. Jednak postanowiłam napisać. Ostrzegam! Jeśli chcesz komentować, przeczytaj od początku do końca. A obiecuję, że nie będzie to łatwe. 


Kiedyś byłam całkowicie przeciwna aborcji. Wiesz, te czasy, gdy byłam nastolatką, niezbyt świadomą tego, co dzieje się w życiu (choć bardzo oczytaną i z dobrymi ocenami. Ale - jak się okazuje - to jeszcze nie wszystko). Wtedy jeszcze chodziłam na religię. Chodziłam do kościoła. Choć nie zgadzałam się kompletnie z tym, co tam słyszałam, mogę powiedzieć, że byłam przymuszana do uczestniczenia w praktykach religijnych. I nie liczyło się za bardzo moje zdanie. A było one zupełni inne, niż rzeczy, których mnie uczono w tej religijnej instytucji. Teraz, po latach, mogę śmiało powiedzieć, że prano mi mózg. Prano i odwirowywano, by wszystko było tak zagmatwane, by było tak pomieszane, bym już nie wiedziała, w co tak naprawdę wierzę i co tak naprawdę czuję. 

Nic więc dziwnego, że dzień bierzmowania był ostatnim, gdy pojawiłam się w kościele. I nigdy do niego nie wróciłam, choć minęło już ponad 6 lat. Nie mam też najmniejszego zamiaru. 

Ale nie o religii miałam pisać, choć to wszystko tak naprawdę jest bardzo powiązane. 

Na katechezie uczono nas, że aborcja to antykoncepcja na życzenie. Taka wiesz: nie będę się zabezpieczać, jak coś, to się usunie. Pokazywano nam filmy z takich właśnie przypadków. A mnie to niesamowicie przerażało. Byłam przeciwna takim praktykom. No, bo jak to tak? Tak zabijać? Jak tak można? 

I powiem szczerze, że nadal nie podoba mi się takie podejście: nie będę stosować zabezpieczeń, tylko aborcję. Z tym nie mogę się zgodzić, bo to dla mnie nie pojęte. Cóż, prezerwatywa jednak mniej wpływa na organizm. 

Wtedy nie wiedziałam tego, co wiem teraz. Nie byłam świadoma tego, czego jestem świadoma teraz. 

Może przypomnę, że pseudo-trybunał konstytucyjny ustanowił iż przepis pozwalający na przerwanie ciąży, gdy badania prenatalne wskazują duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu, albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu jest niezgodny z konstytucją. Nie będę się zagłębiać dokładniej w te paragrafy, bo to naprawdę nie jest konieczne. 

Pierwsza myśl: nie chodzi tu o aborcję na życzenie, nie chodzi o liberalizm aborcyjny, tylko o tej konkretny przepis. Ten jeden konkretny. 

Wiem, że na świecie rodzą się dzieci bardzo chore, które są kochane, dla których matki poświęcają całe swoje życie. Wiem, że na świecie rodzą się martwe dzieci, po których zostaje nieopisany żal i smutek. Wiem, że na świecie kobiety ronią swoje ciąże, co zostawia nieodwracalne ślady w ich psychice. 

Jak mężczyzna(!) może mieć czelność mówić, że urodzenie martwego dziecka to tylko chwilowy dyskomfort psychiczny? Jak można tak powiedzieć?!

Niejedna kobieta odebrała sobie życie, niejedna kobieta wymagała lat terapii, niejedna kobieta popadła w nałogi, niejedna kobieta bała się począć kolejne dziecko... TO NIE JEST DO CHOLERY TYLKO CHWILOWY DYSKOMFORT PSYCHICZNY! To boli przez lata. I myślę, że nigdy nie przestanie. 

Skąd to wiem? Jak mogę mieć czelność się na ten temat wypowiadać? 

Mogę. 

I zrobię to, choć niewielu osobom opisywałam tę historię. Jest ona bardzo bolesna i boli do tej pory. Naprawdę niewiele osób o niej wie. 

Dlaczego więc tutaj? Dlaczego teraz? 

Chcę ci pokazać, że to może dotyczyć każdej z nas. KAŻDEJ. 

Nie powiem, bym była z siebie dumna, bo to nie był ani dobry czas, ani dobry partner. Wtedy byłam młodsza, mniej doświadczona, mniej świadoma. Ale nie głupsza. Nie powiem o sobie, że byłam głupsza. 

Ciąża nie była planowana. Nie była wyczekiwana, nie była wystarana. Była przypadkowa. Ale gdy tylko się dowiedziałam... ucieszyłam się. Mówiłam sobie, że dam radę. Że pogodzę to wszystko. Myślałam, że jestem silna. Widziałam już, oczami wyobraźni, jak trzymam dziecko w ramionach. 

Mijały pierwsze tygodnie. Wszystko było w porządku. Wyniki badań dobre, zaczęłam przybierać na wadze. Zaczęło mi się robić ciasno w spodniach. Czułam motylki w brzuchu, choć to nie był dobry czas. 

Pewnego dnia poszłam na badania kontrolne do mojego (byłego) ginekologa. Pytał o samopoczucie. Było bardzo dobre. Czułam się dobrze, dużo jadłam. Wszystko było w porządku. Przynajmniej ze mną. 

Usiadłam na fotelu i zaczęło się badanie. Cisza. Czułam ruch urządzenia do USG (wtedy było to jeszcze USG dopochwowe). Lekarz nadal milczał. W końcu sama zapytałam, czy wszystko w porządku. Wtedy, jakby wrócił na ziemię, powiedział mi... rzucił ot tak: nie ma akcji serca

- Co? - wydusiłam z siebie i łzy napłynęły mi do oczu. 

- Serce nie bije - odpowiedział. 

Ubrałam się po badaniu. Usiadłam na przeciwko lekarza, czekając na jakieś polecenia, wytyczne, cokolwiek. Ledwo się trzymałam. Ledwo powstrzymywałam płacz. 

- Proszę przyjść za tydzień, zobaczymy, czy coś się zmieniło - powiedział. - Do widzenia. 

Nie pożegnałam się. Po prostu wyszłam. Wtedy wybuchłam płaczem. Położna mnie objęła. Dostałam chusteczki. Posadziła mnie na krześle i nie pozwoliła wyjść, nim nie przestałam płakać. A mi w głowie dudniło tylko: proszę przyjść za tydzień, zobaczymy, czy coś się zmieniło. Co miało się zmienić? Serce nie zaczyna samo bić po tygodniu. 

Pojechałam do szpitala. Na niezależnym badaniu, w innym miejscu, innym sprzętem, przez innego lekarza wyszło to samo: nie ma akcji serca. Moje dziecko nie żyło. Zostałam w szpitalu. Na drugi dzień było po wszystkim. Choć płaczę do tej pory... 

Wiesz, że teraz to nie byłoby takie łatwe? Teraz nie mogłabym już nic zrobić. Nic. Musiałabym czekać... czekać aż sama poronię. Albo aż będzie tak źle, że zagrożone będzie moje życie. 


Powiedz mi, co miałaby zrobić kobieta, która ma już dzieci? Miałaby męczeńsko oddać życie w imię sprawy? A co z osieroconymi maluchami? Czy one się nie liczą? 


Jestem młoda. Jestem nieuleczalnie chora. Może to powodować problemy z zajściem w ciążę, problemy z jej dobrym rozwojem, z donoszeniem. Może także powodować wady wrodzone... dlatego jestem za wyborem. 

Nie jestem męczennicą. Nie oddam życia w imię sprawy. Nie oddam swoich praw w imię religii, z którą nie mam nic wspólnego. 


Nie mówimy tu tylko o dzieciach z Zespołem Downa, bo mam wrażenie, że niektórzy myślą tylko o takich. Mówimy tu o dzieciach, które urodzą się bez mózgu, połowy czaszki, z rozszczepem kręgosłupa. To wszystko widać na USG. Jak można zmusić kobietę, by urodziła siłami natury dziecko, które tak naprawdę już jest martwe? Jak można potem kazać jej leżeć na oddziale ze szczęśliwymi mamami i słyszeć płacz noworodków? 

Wiem, bo sama tak leżałam. Całą noc słyszałam płacz noworodków... i mój płacz. 


Nie można kobiet zmuszać do męczeństwa. A ci, którzy tak bardzo są za rodzeniem dzieci z naprawdę bardzo poważnymi wadami wrodzonymi, które uniemożliwiają im normalne życie, skazując je na wegetację (w imię czego skazywać je na cierpienie?!), proszę idźcie do hospicjów, idźcie tam, gdzie te dzieci są i zabierzcie je do siebie. Porzućcie wszystko i zajmijcie się nimi. 

Dlaczego nie ma chętnych? 

Bo macie wybór. Na nam właśnie go odebraliście. 


Aborcja może być niezgodna z twoim sumieniem - nie rób jej. Może być niezgodna z twoją religią - nie rób jej. 

Ale proszę, nie pchaj mi swojej religii w dupę i nie każ według niej żyć. Daj mi myśleć samodzielnie. Ja nie mam nic do twojej wiary - ty nie miej nic do mojego braku jej. Ja nie mam nic do twoich decyzji (bo nie wiem, co tobą tak naprawdę kieruje) - więc ty nie miej nic do moich. A jeśli masz, powiedz - jak długo powinnam nosić pod sercem martwe dziecko? Aż zginę w twojej słusznej sprawie? Cóż, ja też mam prawo do życia. 


Jestem za życiem. Jestem za godnym życiem. Nie chcę skazywać nikogo na cierpienie. Nie chcę być męczennicą. Więc jestem za wyborem. 


Nie składamy parasolek.

Nolite te bartardes carborundorum.

Nie daj się zgnębić sukinsynom.



Wyświetl ten post na Instagramie.

Bycie kobietą w Polsce już jest trudne. Świat przekonań i pewnych uwarunkowań, w których to my musimy: sprzątać, prac, gotować, zajmować się dziećmi, pracować, robić zakupy, myśleć o wszystkim, do tego najlepiej mieć pasję, rozwijać się, nie marudzić, poświęcać rodzinie, być schludne, zadbane, grzeczne, idealne... Już samo życie w świecie takich przekonań, gdzie kobieta wypruwa z siebie flaki, jeszcze usługuje mężowi, podczas gdy on - zmęczony po pracy - leży na kanapie i pije piwo (które przyniosła żona)... Takie życie jest trudne. Walczę z tym. Nie pozwalam na takie traktowanie. Rozwijam się, robię pewnego typu karierę. Nie mam czasu na sprzątanie. Nie usługuje nikomu. I w tym momencie wchodzi trybunał konstytucyjny i podrzuca nam, kobietom, kolejną kłodę pod nogi. Od teraz zajście w ciążę w tym kraju jest powiązane ze strachem. Strachem, czy nie będziesz zmuszona nosić przez 9 miesięcy martwego dziecka, które potem urodzisz siłami natury. Strachem, czy twoje dziecko nie urodzi się z bezmózgowiem i umrze w twoich rękach zaraz po porodzie. Co kolejne? Zakaz badań prenatalnych? A potem łapanki płodnych kobiet do rozrodu... Witamy w opowieści podręcznej. Nolite te bastardes carborundorum. #piekłokobiet #pieklokobiet #nolitetebastardescarborundorum #dość #macica #kobieta #strajkkobiet #nieskładamyparasolek #czarnyprotest #opowieśćpodręcznej #handmaidstale #powiedzkomuś #powiedzkomus

Post udostępniony przez Klaudia Jaroszewska (@kocipunktwidzenia)

22 komentarze:

  1. Bardzo mi przykro, że to musiałaś przeżyć :( Też nie jestem za aborcją jako środkiem antykoncepcji, ale są sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia. Dlatego mimo że ciąża mi już nie grozi, to jestem z Wami. Mi na przekład zagrażała mojemu życiu, musiałabym zostawić swoje dzieci. Nie jest to łatwe, ale mimo że jestem wierząca uważam że nikt nie ma prawa decydować za innych. Trzymaj się ciepło ❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te słowa. Właśnie, mimo wiary, przekonań nie możemy podejmować decyzji za kogoś innego!

      Usuń
  2. Wiem co czujesz. Ja sama tego nie przeżyłam i jestem za to wdzięczna.
    Przeżyła jednak moja Mama. A ja byłam już na tyle duża, że widziałam co się z nią działo, jak bardzo ją to obdarło - mieszkałyśmy wtedy pod jednym dachem.
    Nie wiedzą pacany, co czynią.
    Ale się dowiedzą.
    Wierzę w to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję twojej mamie i tobie także, skoro już wiedziałaś, co się działo. Mam nadzieję, że wywalczymy swoje prawa.

      Usuń
  3. Przeczytałam post ze łzami w oczach.. Nie wyobrażam sobie tego bólu, którego doświadczyłaś.
    Jestem za życiem, ale aborcja w przypadku, gdy dziecko urodzi się chore/jest skazane na śmierć.. Kobieta powinna mieć wybór, a to jej bezczelnie odebrano

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiedziałam, że masz za sobą tak traumatyczną historię... Ściskam mocno wirtualnie, choć to zapewne niewiele znaczy. Też jestem za legalną aborcją, za wyborem i nie mam zamiaru zostawać męczennicą przez wymysły chorych i zakompleksionych ludzi... Bo inaczej tego nazwać nie można :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie wiedział. Wiele znaczy nawet takie wsparcie! Masz rację. Jeśli chcą być męczennikami, niech są, ale niech nie każą nam!

      Usuń
  5. Jejku współczuję ci, to musiało być traumatyczne i przerażające równocześnie. Podziwiam cię za odwagę mówienia tego publicznie. Trzeba być silną by tyle przeżyć! Mam nadzieję, że wszystko się unormuje..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TO nie jest taka prosta "odwaga". Minęło kilka lat, kilka wiader wylanych łez. Gdyby nie ten protest, gdyby nie słowa: nie wiesz, to się nie wypowiadaj... nie napisałabym tego. Ale problem tkwi w tym, że wiem i dlatego mogę się wypowiadać.

      Usuń
  6. Współczuję takiego traumatycznego doświadczenia. Na pewno trudno jest o tym mówić, potrzeba do tego siły i odwagi. Też nie popieram aborcji na życzenie, ale odmawianie aborcji w sytuacji poważnego uszkodzenia płodu i zmuszanie do porodu jest po prostu nieludzkie, nie zgadzam się z tym.

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem tak, mężczyźni nie mają pojęcia jakie katusze kobieta przechodzi po stracie dziecka.
    Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić przez co Ty musiałaś wtedy przechodzić, a co to dopiero będzie jeżeli rząd się nie opamięta? Ja jestem za życiem, ale z podkreśleniem, że to kobieta powinna mieć prawo wyboru czy urodzi dziecko czy też nie. Rząd i religia nie powinny się w to mieszać.
    Jestem osobą wierzącą, wierzę w Jezusa, ale duchowni moim zdaniem nie powinni się na ten temat wypowiadać, ponieważ w krytycznych przypadkach poważnego uszkodzenia płodu tacy ludzie nie mają pojęcia co taka kobieta przechodzi. Na świecie jest wiele dzieci niepełnosprawnych, które potrzebują pomocy. Dlaczego najpierw im nikt nie pomoże? Po prostu brak słów co to się wyprawia... Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież rząd zapewnia, że niepełnosprawni mają świetną opiekę i bardzo duże wsparcie od państwa... tylko, skoro tak, to dlaczego jeszcze nie tak dawno sami niepełnosprawni protestowali?

      Usuń
  8. Popłynęły mi łzy... jest mi ogromnie przykro, że spotkało Cię coś takiego.
    Nie mam takich przykrych doświadczeń, ani osobiście nie znałam nikogo kto by podobne miał, ale własnie nie jest powiedziane, że nie będzie mnie czy innych bliskich mi osób to nigdy dotyczyć... Jestem już po 30 i nigdy nie wiadomo jaka będzie kiedyś moja ciąża... nikt nie twierdzi, że usunięcie chorego płodu może być w jakikolwiek sposób przyjemne, ale no do jasnej... nie wyobrażam sobie jak można kazać kobiecie nosić w sobie martwe dziecko, aż problem sam się rozwiąże! Trzeba być potworem! I niech mi nie pierniczą, że chodzi o prawo do życia każdego, bo gdzie tu za przeproszeniem mowa o życiu dla tych kobiet, które tego mogą nawet nie przeżyć?! W imię czego?! Podwójnego pogrzebu do choroby jasnej.
    Ach nie mam siły czytać kolejnych bzdur które oni wygadują i wymyślają... Nie jestem zwolenniczą aborcji na życzenie, ale jestem za PRAWEM DO WYBORU. Bo to tylko kobieta (lub w skrajnych przypadkach ewentualnie odpowiedni lekarz) powinna podejmować decyzje o aborcji, a nie jakiś stary chory dziad!
    Dawno nie czułam się tak źle jak przez ostatnie dni. Trzymam kciuki za wszystkie protestujące kobiety!
    Dlaczego w XXI w wciąż tak wiele kobiet na tym świecie musi walczyć o swoje podstawowe prawa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem twój gniew. ALe, jak to powiedziała pani Emilewicz: wolność kobiety się kończy, gdy zachodzi w ciążę. Dokładnie tak o nas myślą, jak o inkubatorach, albo żywych trumnach.

      Chciałabym, żeby w tym kraju było w końcu normalnie.

      Usuń
  9. Przykro mi, że spotkało Cię coś takiego. Nie jestem za aborcją, ale jak dziecko ma się urodzić chore, nie zdolne do funkcjonowania i może zaraz umrzeć, to co innego. Tutaj wybór powinna mieć kobieta i to ona powinna decydować o tym co chce zrobić. Jest jedna rzecz, która mi się nie podoba też w zachowaniu protestujących, agresja, wyzywanie innych. Tego nie powinno być. Za chwilę może dojść do naprawdę czegoś strasznego i to mnie też przeraża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. Możesz nie popierać aborcji, ale tak jak piszesz, wybór powinna mieć kobieta, której to dotyczy.

      Nie popieram aktów wandalizmu na protestach. U nas na szczęście było spokojnie i grzecznie.

      Usuń
  10. Jesteś niesamowicie silna. To, że przeszłaś przez to, a teraz potrafisz o tym napisać świadczy o Twojej niebywałej odwadze. Jest mi przykro, że coś takiego Cię spotkało, a jednocześnie trzymam kciuki, aby jeśli podejmiesz taką decyzję, wszystko rozwijało się prawidłowo. Trzymam też kciuki za to, aby inne kobiety, które będą w sytuacji podobnej do Twojej, miały wybór. Trzymajmy się. ♥

    OdpowiedzUsuń
  11. Podziwiam Twoją szczerość i odwagę. Podzielenie się tą historią musiało być dla Ciebie bardzo trudne, ale wierzę, że było też potrzebne i wielu osobom pomoże spojrzeć na to zagadnienie inaczej.

    Ja chciałabym tylko dodać, że żadne prawo nie powstrzyma kobiet przed usuwaniem ciąży, jeśli z jakiegokolwiek powodu nie będą chciały w niej być. No proszę Was - ludzie miewają problem, by na kilka minut założyć maseczkę, bo to rzekomo tak bardzo ingeruje w ich wolność, a jednocześnie oczekuje się od kobiet, że będą godziły się na zmianę całego swojego życia i głęboką ingerencję w ciało tylko dlatego, że takie jest prawo? Historia pokazuje, że nie da się zakazać aborcji. Da się jedynie zakazać aborcji przeprowadzanej w bezpiecznych warunkach. Kobiety przez lata rzucały się ze schodów, używały ostrych narzędzi, korzystały z pomocy jakichś znachorów działających w tzw. podziemiu... Polecam przeczytać wywiad Anny Dziewit-Meller, który przeprowadziła ze swoją babcią ginekolożką dla Wysokich Obcasów. Takie historie otwierają oczy i pozwalają zrozumieć, o co toczy się ta walka.

    Nie składamy parasolek. Ja osobiście codziennie protestuję i zachęcam do tego każdego, kto nie zgadza się z wyrokiem TK. Można iść na marsz, blokować ulice samochodem i trąbić, wywiesić plakat w oknie, zostawić znicz z "czułą" wiadomością pod siedzibą PiS w swoim mieście. Każde działanie się liczy. Rządzący mają nadzieję, że po prostu odpuścimy i pozwolimy im łamać nasze prawa. Nie dajmy im tej satysfakcji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie można odpuszczać. Oni tylko czekają, aż się zniechęcimy do protestów.

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie Twoje słowa motywują mnie do dalszego działania. Jeśli blog Ci się spodobał, koniecznie zaobserwuj i bądź na bieżąco!

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia