niedziela, 28 października 2018

Bezczelna gówniara, muffinki i nocne hałasy | Tygodnik


Cóż to był za intensywny tydzień! A jeszcze się nie skończył, bo dziś już spać nie będę. Czeka mnie nocka w pracy. Zapytacie: porąbało? Nie. Dzisiaj nocka, potem jeszcze dwie, a potem 5 dni wolnego. Na taki układ mogłam pójść. Troszkę już sobie w głowie planuję na te dni, które będę w domu. Ale na razie muszę podsumować ten tydzień, który powoli się kończy.


Ostatnio stwierdziłam, że nie jestem kobietą. Nie, nie. Płeć mam dalej tę samą i nie zamierzam nic z tym robić. Chodzi mi o ogólne zachowania. Kobiety plotkują, gadają, opowiadają... a przy tym siedzą i nic nie robią. Ja potrafię w pracy rozmawiać (nie obgadywać innych, ale rozmawiać) i pracować jednocześnie! Magia! Cud. Dokonałam niemożliwego. 

I dlatego też zostałam nazwana bezczelną gówniarą. Bo jestem tam, gdzie trzeba pracować. Nie siedzę bezczynnie, bo tego nie lubię. Nauczyłam się już sporo, ale jeszcze sporo przede mną. No cóż, wolę być bezczelną gówniarą, niż siedzieć na tyłku i obgadywać koleżanki. Ot, co!




Cały ten tydzień stał pod hasłem imprezy sobotniej (tak, a potem w niedzielę do pracy). Z założenia bezalkoholowa. I prawie taka była. Ja nie piję alkoholu, ale innym nie bronię. Przywiozłam do nas moją mamę, brata i Wujka Kota. Pograliśmy w karty dżentelmenów (trochę okroiliśmy pakiet, bo mój brat jeszcze wszystkiego wiedzieć nie musi. Przejrzałyśmy z mają karty i odłożyłyśmy te wulgarne. Mimo wszystko, zabawa była świetna.) oraz w jengę. Przegrałam. Dwa razy. Na trzy gry. 

Podczas gry w jengę przyszła też moja przyjaciółka. Także było nas sporo w naszym małym mieszkaniu, a do tego na piętrze koty robiły imprezę. Toffi oprowadzał Wujka Kota (ale myślę, że o tym więcej będzie w piątek. One same lepiej opowiedzą). 


Ogólnie impreza ta była pseudo halloweenowa. Pseudo, bo tylko kolor dekoracji się zgadzał. I moja specjalna na tę okazję charakteryzacja. Ogólnie tego święta nie obchodzę jako tako, ale w tym roku postanowiliśmy się trochę zabawić w gronie znajomych. I było warto. Czasem nie trzeba się całkiem zamykać w swojej polskiej tradycji i dla odmiany zrobić coś innego. 


Nie mówię tu o świętowaniu teraz halloween pełną gębą, ale chociaż jakoś fajnie udekorować mieszkanie - dyniami. I od razu ta jesień nie jest taka smutna, tylko kolorowa. 





Do mieszkania obok nas wprowadzili się nowi sąsiedzi. Wprowadzali się cały tydzień. 

Od początku. Mieliśmy teraz pierwsze zmiany, co oznacza wstawanie o 4 W NOCY. Położyliśmy się spać jednego dnia koło 21:30. Już zdążyłam zasnąć i słyszę wiertarkę. Zaraz wbijanie gwoździ (prawdopodobnie). Spoko, fajnie. Szkoda tylko, że we wspólną ścianę! Po godzinie 22. CISZA NOCNA ludzie!

Ok, minuta, dobra. Śpimy dalej. Cisza. I zaraz znów to samo. 

Mój P. nie wytrzymał, wstał. Trzasnął ręką w ścianę parę razy. 

Cisza. Przez dwa dni. Efekt zamierzony osiągnięty. 

Innym razem coś wiercili koło 20. To jeszcze można wybaczyć. Powiesiłam pranie pół godziny później i poszłam spać. W błogiej ciszy.

W sobotę, a w sumie to już dzisiaj, bo koło 4 w nocy obudziły nas krzyki. Nowi sąsiedzi robili awanturę. Spoko, ciekawe co będzie dalej...






Odkąd mieszkamy sami, bardzo polubiłam pieczenie. I gotowanie ogólnie. Ale pieczenie ma w sobie to coś. Na początku średnio mi wychodziło (pierwsze ciasto oklapło). Gdy jednak poznałam nasz piekarnik, teraz wszystko ładnie wychodzi. 

Mój P. jest przyzwyczajony, że jego mama robiła zawsze takie muffinki z pudełka. Na szybko. Często były tak płaskie, że nie dosięgały końca papilotki. 

Ja moje zrobiłam sama. Też dość szybko. Gdy popatrzył do piekarnika, zdołał powiedzieć tylko: Łoooo....

No, fajnie. Miło mi. Babeczki tak wyrosły, że jedna trzecia wysokości była nad papilotką. Gdzie ja położę krem? Koniec końców, kremu było jeszcze raz tyle, co babeczek. Lubię słodkie. I będę jeść je w takiej ilości, jaką uważam za słuszną. Amen. 


Wracając jednak do mojego P. Potem zdołał wydusić o wiele lepszy komplement. 

- Czemu ty nie poszłaś na jakieś cukiernika czy coś? 

- Ooooo - wzruszyłam się. To jawne docenienie tego, co robię. - Żebyś miał mój talent na wyłączność. Cieszysz się? - spytałam. 

- TAK!!! - odpowiedział. To jest chyba ta prawdziwa miłość ;) 





A teraz siedzę sobie, jem hot-doga (produkcja domowa). No dobra, skończyłam go jeść po drugim akapicie. I popijam herbatkę. Wychodzę ze swojej strefy komfortu i kupiłam teraz zupełnie inną niż Mandarynkowa Yerba Mate. Dziwnie mi z tym. 

Noszę się też z zamiarem kupna płaszcza na jesień, takiego do kolan. A, że już prawie listopad... kupię za rok. Może. 


Co u was się działo? Dajcie znać w komentarzach!

16 komentarzy:

  1. No ciekawy miałaś ten tydzień. U mnie praca,dom ,poszukiwanie mieszkania ,ostatnio bez zmian :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam ten ból z sąsiadami:D Czasami bym ich w kosmos wysłała 😁😁😁

    OdpowiedzUsuń
  3. Współczuję sąsiadów. Mieszkam w domu, na uboczu ale kiedy żyłam w Holandii, to też miałam różnych sąsiadów i naprawdę nie umieli uszanować ciszy nocnej.

    Pozdrawiam:)
    Moncia Lifestyle

    OdpowiedzUsuń
  4. lubie te wszystkie makijaze halloweenowe

    OdpowiedzUsuń
  5. O rany, współczuję sąsiadów...może być tam jeszcze głośnawo... a ten krem, z czego robiłaś że taki piękny różowy?;)
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z sasiadami mialam niedawno przeboje w postaci 3-godzinnej klotni z hiszpanskim temperamentem, wyrzucaniem rzeczy przez okno itp o polnocy ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Great post dear!You have a nice blog
    I follow you can you follow me please?
    www.guzelvekulturlu.com
    Kisses

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thanks a lot :)

      I follow only this blogs, which I think are interesting ;)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie Twoje słowa motywują mnie do dalszego działania. Jeśli blog Ci się spodobał, koniecznie zaobserwuj i bądź na bieżąco!

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia