wtorek, 7 lipca 2020

"Nie, bo tu nie ma nieba. Jest prześwit między wieżowcami"


Zdaję sobie sprawę, że poruszam bardzo kontrowersyjny temat, ale napomknęłam już o tym w jednym z wpisów (10 przykazań kocich), więc czuję się zobowiązana do pewnych wyjaśnień. Chcę cię od razu zapewnić, że nie mam nic przeciwko innym poglądom, każdy z nas może mieć je swoje. Nie krytykuję, nie obrażam się i jestem otwarta na dobre argumenty. Być może jeszcze kiedyś zmienię zdanie, ale na razie się na to nie zanosi. Nie czuj się urażona, to tylko i wyłącznie moja opinia, moje zdanie i odczucia, które zostały ukształtowane przez lata.


Religia w szkole

W trzeciej klasie technikum wypisałam się z religii na własne życzenie. Trafiłam na (przepraszam za słowo) popieprzonego katechetę, który był według mnie nawiedzony. Opowiadał takie bajki, które z religią nie mają nic wspólnego. A jeszcze gorsze było to, że nie pozwalał dyskutować, zabierać głosu, a już tym bardziej podawać w wątpliwość jego słów. Cóż, miałam już wtedy zdanie na temat religii, więc po prostu wypisałam się z jego lekcji. I wiem od przyjaciółki, że na lekcjach pytał o mnie i twierdził, że się nawrócę. Cóż, nie nawróciłam się i nie wróciłam na jego lekcje. 

A co mi to dało? Spokój. Wewnętrzny spokój. Po jego lekcjach byłam wzburzona i zniesmaczona, denerwowałam się niepotrzebnie. Zyskałam też czas, bo religia to dwie godziny w tygodniu. A zdawałam maturę rozszerzoną z angielskiego, mając JEDNĄ godzinę tego języka w tygodniu. 

Religia pcha się tam, gdzie najmniej jej trzeba. Zabiera czas w szkole, który można by przeznaczyć na ważniejsze przedmioty np. biologię (1 lekcja w tygodniu), chemię itp. Do tej pory nie wiem, co katecheta miał na celu robiąc prace semestralne, sprawdziany i odpytywania na lekcjach. A te modlitwy wkuwałam tak, jak wzory z fizyki - na chwilę, a po lekcji i tak zapominałam, bo ta wiedza nie była mi do szczęścia potrzebna. Chciałabym, by religia była, tak jak za czasów rodziców, w szkółce przy kościele i każdy chętny mógłby na nią chodzić. 

Gdy osiągnęłam pełnoletność, wypisałam się więc, bo nie utożsamiałam się w ogóle z tymi lekcjami. I odetchnęłam z ulgą. Do kościoła i tak nie chodziłam już od trzech lat (ostatni raz byłam na bierzmowaniu). 

Bierzmowanie - droga do zniechęcenia

Jeśli o bierzmowanie chodzi, przygotowania trwały trzy lata. Trzy lata chodzenia co niedzielę do kościoła. Żeby było mało do tego: roraty, majówki, drogi krzyżowe, apele maryjne, spowiedzi, msze w piątki, msze w święta różnego rodzaju, gorzkie żale... i nie pamiętam co jeszcze! Książeczka miała chyba 12 stron z miejscami na podpisy. 

Podczas pierwszego roku byłam przekonana, że to dla mnie ważne, ale potem zobaczyłam, co tak naprawdę dzieje się w kościele. Gdy proboszcz (!) wyzywał nas w kościele od debili, bezbożników i kazał nam "ku*** wypie*** jak nam się nie podoba"... cóż. Wstałam i wyszłam. Nie podobało mi się. Takie zachowanie w ogóle nie powinno mieć miejsca. A o co poszło? O to, że na piątkowej mszy nie siedzieliśmy wszyscy z przodu. Tak, o taką głupotę. 

Dobrnęłam do bierzmowania tylko dlatego, że włożyłam w to masę czasu i po prostu chciałam to dociągnąć do końca. Potem w kościele się już nie pojawiłam i nie mam takiej potrzeby.

W ogóle dopuszczanie do bierzmowania wyglądało tak:
- Nie mogę cię dopuścić, bo nie chodziłaś na apele maryjne.
- Ale ja już zapłaciłam za bierzmowanie, gdzie mam odebrać pieniądze?
- A... to co innego. Dopuszczam cię. 
Czyli jednak chodziło tylko o kasę. 

Wiem, trafiłam na złego księdza, ale byli też dobrzy. Tylko... nie przekonali mnie. Nie potrafili wyjaśnić wątpliwości, nie potrafili odpowiedzieć na pytania. A ja się w tym tak zagubiłam, że religia miała dla mnie coraz mniejszy sens. 

Rosnąca świadomość

Z wiekiem zainteresowałam się trochę bardziej tą tematyką. Nie samej wiary, a tego, co dzieje się w kościele. Cóż, nie wszystko jest takie piękne, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. 

Chodziłam do szkoły podstawowej im. Jana Pawła II. Słyszałam o nim tylko dobre rzeczy. Ten człowiek nie mógłby muchy skrzywdzić! A jednak. Wiara bywa ślepa i tak było w tym przypadku. 


Jak więc miałabym wierzyć w cokolwiek, co mówi się o duchownych, skoro takie rzeczy wychodzą na jaw dopiero, gdy się ich dobrze poszuka? Dlaczego nikt nie powiedział na ten temat ani słowa, gdy chodziłam do szkoły? Tak słyszałam tylko, że ten człowiek zasługuje na bycie świętym. Cóż, miał swoje rogi, jak każdy. 

W ogóle kreowanie księży na osoby święte mnie śmieszy. Przepraszam, ale czym oni się takim wyróżniają? Dla mnie o wiele bardziej "święte" są pielęgniarki stojące przy operacji przez długie godziny (bez jedzenia, toalety, picia), niż ksiądz, który czyta te same formułki co niedzielę. Ach, i chodzi po kolędzie. 

Oczywiście, wśród księży także znajdą się bardzo dobrzy ludzie, ale tak samo dobrzy znajdą się wśród nauczycieli, sklepikarzy, kierowców i na koncercie Slayera. Naprawdę. W każdej grupie są dobrzy i źli ludzie. 

Szkoda tylko, że ci normalni ludzie odpowiadają za swoje czyny, a księża... cóż. Za pedofilię są przenoszeni do innej parafii. A dopiero, gdy zrobi się naprawdę duży hałas wokół danego księdza, jest on usuwany ze stanowiska. 

Czytałam książkę biograficzną (zdjęcie poniżej), w której była taka sytuacja: dzieci zgłaszały, że ksiądz dokonywał czynów seksualnych wobec nich, ale dorośli nie wierzyli, bo "ksiądz to przecież taki dobry człowiek". Myślę, że komentarza do tego dodawać nie trzeba. 


A wiara?

Kościół sam w sobie to instytucja. Ale co w takim razie z wiarą? Pisałam wam w tym wpisie o kotach, że Biblia to dla mnie książka. Książka z bardzo bogatą fabułą, wieloma bohaterami, wątkami, z ponadczasowymi motywami, w których często można odnaleźć siebie. Książka niekiedy obyczajowa, a niekiedy ciut fantastyczna. Ale nadal książka. Kiedyś katecheta powiedział mi, że to nie jest książka. Ale nawet sama etymologia sprowadza się do tego:

Biblia, Pismo Święte (z greckiego βιβλίον, biblion „zwój papirusu, księga”, l.m. βιβλία, biblia „księgi”) – zbiór ksiąg, spisanych pierwotnie w językach hebrajskim, aramejskim i w greckim (w formie koinè (gr. κοινὴ), uznawanych przez żydów i chrześcijan za natchnione przez Boga.
Czyli jednak książka.

Wydaje mi się, że nie wierzę w to, co zostało tam napisane. Są dowody na to, że Jezus żył, poruszał się po tym świecie, ale to, czy był synem bożym, to już kwestia samej wiary. Tak samo jak to, czy Mahomet był prorokiem. Tak samo jak reinkarnacja dla Hindusów. I tak samo, jak wiele innych ciekawych rzeczy, w które wierzą ludzie.

Wiara jest potrzebna, bo daje nadzieję. Pomaga poradzić sobie z życiem. Gdy spotka nas coś złego, mówimy, że to bóg nas pokarał. I dzięki temu zmieniamy swoje zachowanie.

Jednak zawsze mnie dziwi, gdy po udanej operacji rodzina pacjenta mówi: dzięki bogu! Hmmm... wydaje mi się, że akurat bóg z tym nic wspólnego nie miał, a raczej lata nauki, a potem doświadczenia lekarza przyczyniły się do sukcesu. Ale co ja tam wiem.

Dobrzy ludzie, źli ludzie

Są oczywiście dobrzy ludzie związani z wiarą, nie przeczę. Matka Teresa, która pomagała potrzebującym, chociażby. Ale niestety, według mnie tyle złego dzieje się w kościele, że ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Egzorcyzmy, które pokazywano nam na lekcjach religii... 



Myślę, że na tym zakończę. Nie jest to prosty temat. I, tak jak polityka, będzie powodował podziały. 

Nie myśl proszę, że jeśli chodzisz do kościoła, jesteś osobą wierzącą, to mam do ciebie jakiś problem! Nie oceniam po tym ludzi. Dla mnie jeśli jesteś dobrym człowiekiem, to za takiego człowieka będę cię mieć. A wiara to twoja osobista sprawa :)

Co sądzisz na ten temat? Dyskutujesz o religii, czy raczej się wstrzymujesz? Daj znać w komentarzu. 

Trzymaj się ciepło i do zobaczenia w czwartek!



*Cytat w tytule pochodzi z piosenki happysad "Nie ma nieba". 

16 komentarzy:

  1. Ja ani o polityce, ani o religii się nie wypowiadam, moim skromnym zdaniem to są takie tematy, na które lepiej nie rozmawiać i swoje poglądy pozostawić dla siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak można :) to, czy o tym rozmawiamy, zależy tylko od nas :)

      Usuń
  2. Przez to, co pokazuje sobą kościół w Polsce jestem coraz dalej od niego.

    OdpowiedzUsuń
  3. W dużej części się z Tobą zgadzam. Niestety, ale religia jest tematem tabu w mojej bardzo katolickiej rodzinie, a próba powiedzenia czegokolwiek kończy się krzykiem, nerwami, a i tak do niczego nie prowadzi. Polecono mi, abym wierzyła i już... Jest to lekko problematyczne i nie za bardzo mogę z tym cokolwiek zrobić, ponieważ jestem niepełnoletnia.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Jula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałam ten problem. U mnie rodzice do kościoła nie chodzili, ale ja musiałam, bo tak i już. Teraz, jak jestem pełnoletnie, nie chodzę tak w ogóle, bo tego nie czuję.

      Usuń
  4. Jeśli chodzi o Kościół i Politykę to swoje zdanie zostawiam dla siebie. Poza tym kiedyś usłyszałam coś takiego, że to Kościół i Wiara jest dla Ciebie a nie księża. Więc musisz sama dojść co jest dla Ciebie ważne. Ja nie chodzę do Kościoła dla księży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to mi się podoba! Skoro chodzisz do kościoła dla siebie, to dobrze ;)

      Usuń
  5. Szkoda, ze duża część katechetów i księży zniechęca ludzi do wiary. Jestem osobą wierząca, nie wstydzę się tego, ale rozmawiam o tym tylko wtedy, gdy ktos mnie o to zapyta lub chce porozmawiać- dyskusje na temat wiary potrafią być bardzo zajmujące, o ile obie strony są otwarte na drugiego człowieka ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tobą ;) lubię dyskutować na takie tematy. Jestem otwarta na argumenty, ale oczekuję od drugiej strony, że także będzie otwarta na to, co ja chcę powiedzieć ;)

      Usuń
  6. Ja jestem wierząca, modlę się prawie codziennie, ale rzadko chodzę do kościoła, bo wiele razy sie zraziłam, kiedy ksiądz na spowiedzi mnie opieprzył, że rok sie nie spowiadałam (od tego czasu minęło chyba 6-7 lat i też tak długo nie bylam u spowiedzi). Byly jeszcze inne sytuacje, jednak czasami trafiłam na fajnych księży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykre, że ksiądz się tak zachował. Zamiast pochwalić, że w końcu dotarłaś i zachęcić do regularności.

      Usuń
  7. Ja unikam rozmawiania o religii, bo niestety z moich doświadczeń wynika, że to do niczego dobrego nie prowadzi. Mało ludzi po prostu potrafi kulturalnie i bez emocji podchodzić do tego tematu. Myślę też, że wiara i religia to dwa różne zagadnienia. Współczuje doświadczeń w szkole, ja akurat miałam dobrego katechetę, można z nim było porozmawiać. Natomiast zaskoczyłaś mnie tym, że za bierzmowanie musiałaś zapłacić. Moje było bardzo dawno temu, ale nie przypominam sobie, żebym musiała za coś płacić. W sensie, za sakrament nie, ale chyba coś tam dostawaliśmy i to była jakaś skromna kwota.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Zaraz krzyki, wrzaski i wyzywanie. Fajnie, że trafiłaś na super katechetę :) u nas to norma, że się płaci za wszystko...

      Usuń
  8. Akurat Matka Teresa to nie najlepszy przykład, zbierała fundusze od innych, a sama miała miliony na koncie. Mnie bardzo drażni brak wiedzy u tych katolików, co krzyżem leza w Kosciele, np halloween to zło, bo pogański zwyczaj, ale za 1,5 miesiąca ubierają choinkę (ten zwyczaj związany był ze świętem Saturna, podobnie ma się rzecz ze święconką wielkanocną). Kolejna sprawa to udawanie, że Kościół nigdy nie popełnił błędu, udawanie, że nie było wypraw krzyżowych, ukrywanie pedofilii. Ogólnie temat rzeka, ale odnoszę wrażenie, ze wszyscy są winni tylko nie księża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za uwagę! Widzisz, też jestem jeszcze pewnych rzeczy nieświadoma. O tak! Halloweenowe przebieranki dzieci to takie zło... ale pedofilia? Przecież ksiądz to taki dobry człowiek. Też mam takie wrażenie, że księża akurat niczemu nie są winni...

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. Wszystkie Twoje słowa motywują mnie do dalszego działania. Jeśli blog Ci się spodobał, koniecznie zaobserwuj i bądź na bieżąco!

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia